Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 marca 2026
Pożegnanie
Za stołem, za telefonem, za sześcianem biurowych ksiąg - okno i drzwi. We
drzwiach dwie tafle szklane, czarne, lśniące od nocy. I jeszcze niebo, tło okna
okryte opuchłymi chmurami, które wiatr spycha w dół szyby, ku północy, poza mury
spalonego domu. Spalony dom czernieje po drugiej stronie ulicy, na wprost furtki
w ochronnej siatce zakończonej srebrzystym drutem kolczastym, po którym jak
dźwięk po strunie ślizga się fioletowy odblask migocącej latarni ulicznej. Na
tle burzliwego nieba, na prawo od domu, omotane mlecznymi kłębami przelotnego
dymu lokomotyw, patetycznie rysuje się bezlistne drzewo, nieruchome w wichrze.
Naładowane towarowe wagony mijają je i z łoskotem ciągną na front. Maria
podniosła głowę znad książki. Smuga cienia leżała na jej czole i oczach i
spływała wzdłuż policzka jak przejrzysty szal. Położyła ręce na grzybku stojącym
wśród pustych butelek, talerzy z nie dojedzoną sałatą, brzuchatych,
karmazynowych kieliszków o granatowych podstawkach. Ostre światło, które
załamywało się w granicy przedmiotów, wsiąkało jak w dywan w niebieski dym
zalegający pokój, odpryskiwało od kruchych, łamliwych krawędzi szkieł i migotało
we wnętrzu kieliszków jak złoty liść na wietrze - nabiegło struną w jej dłonie,
a one rozświetloną, różową kopułą zamknęły się szczelnie nad nim i tylko
bardziej różowe linie między palcami pulsowały prawie niedostrzegalnie.
Przyćmiony pokoik napełnił się poufnym mrokiem, zbiegł się ku dłoniom i zmalał
jak muszla. - Patrz, nie ma granicy między światłem i cieniem - szepnęła Maria.
- Cień jak przypływ podpełza do nóg, otacza nas i zacieśnia świat tylko do nas:
jesteśmy ty i ja. Pochyliłem się ku jej wargom, ku drobnym spękaniom ukrytym w
ich kącikach. - Pulsujesz poezją jak drzewo sokiem - powiedziałem żartobliwie,
otrząsając głowę z natrętnego, pijackiego szumu. - Uważaj, żeby świat ciebie nie
zranił toporem. Maria rozchyliła wargi. Między zębami drżał leciutko ciemny
koniuszek języka: uśmiechała się. Kiedy mocniej zacisnęła palce wokół grzybka,
błysk leżący na dnie jej oczu zmatowiał i zgasł. - Poezja! Dla mnie to rzecz tak
niepojęta jak słyszenie kształtu albo dotyk dźwięku. - Odchyliła się w zadumie
na poręcz kozetki. W półcieniu czerwony obcisły sweter nabrał purpurowej
soczystości i tylko na grzbietach fałd, gdzie ślizgało się światło, lśnił
karminową, puszystą barwą. - Ale tylko poezja umie wiernie pokazać człowieka.
Myślę: pełnego człowieka. Zabębniłem palcami o szkło kieliszka. Odezwał się
kruchym, nietrwałym dźwiękiem. - Nie wiem, Mario - rzekłem, wzruszywszy z
powątpiewaniem ramionami. - Sądzę, iż miarą poezji, a może i religii, jest
miłość człowieka do człowieka, którą one budzą. A to jest najbardziej
obiektywnym sprawdzianem rzeczy. - Miłość, oczywiście, że miłość! - powiedziała,
mrużąc oczy, Maria. Za oknem, za spalonym domem, na szerokiej, przedzielonej
skwerem ulicy jeździły ze zgrzytem tramwaje. Elektryczne błyski rozświetlały
fiolet nieba, jak odpryski z sinego pożaru magnezji przebijały się przez mrok,
oblewały księżycowym światłem dom, ulicę i bramę, ocierając się o czarne szyby
okienne, spływały po nich i bezszelestnie gasły. Chwilę po nich gasł również
wysoki, cienki śpiew tramwajowych szyn. Za drzwiami, w drugim pokoiku, puszczono
znowu patefon. Zdławiona, jakby grana na grzebieniu melodia zacierała się w
natarczywym szuraniu tańczących nóg i gardłowych śmiechach dziewczęcych. - Jak
widzisz, Mario, oprócz nas jest jeszcze inny świat - roześmiałem się i wstałem z
kozetki. - To, widzisz, jest tak. Gdyby można było rozumieć cały świat, czuć
cały świat, widzieć cały świat, tak jak się rozumie swoje myśli, czuje się swój
głód, widzi się okno, bramę za oknem i chmury nad bramą, gdyby można było
widzieć wszystko jednocześnie i ostatecznie, wtedy - powiedziałem z namysłem,
okrążywszy kozetkę i stanąwszy pod rozgrzanym piecem między Marią a majolikowymi
kaflami i workiem z kartoflami zakupionymi w jesieni na zimę - wtedy miłość
byłaby nie tylko miarą, ale i ostateczną instancją wszystkich rzeczy. Niestety,
zdani jesteśmy na metodę prób, na samotne, zwodnicze przeżycie. Jakże to
niepełna, jakże fałszywa miara rzeczy! Po pokoju chodzi pies,
Owczarek niemiecki. Drzwi od pokoiku z patefonem otworzyły
się. Chwiejąc się w takt melodii, wszedł Tomasz oparty o ramię żony spojrzał na psa i
przypomniał sobie o spacerze na który pies czeka. Żona lekko już
ciężarna, a od wielu miesięcy jej stateczny brzuch cieszył się nieustającym
zainteresowaniem przyjaciół. Tomasz podszedł do stołu i chwiał się nad nim
rozrosłym, pękatym, masywnym jak u wołu łbem. - Źle się starasz, bo wódki nie ma
- rzekł z miękkim wyrzutem, starannie zlustrowawszy naczynia, i odpłynął,
popychany przez żonę, w kierunku drzwi. Biuro nieruchomości Nowa Huta
Patrzył w nią tępym wzrokiem jak w
obraz. Mówiło się, że to zawodowo, gdyż handlował fałszywymi Corotami,
Noakowskimi i Pankiewiczami. Poza tym był redaktorem syndykalistycznego\
dwutygodnika i uważał się za radykalnego lewicowca. Wyszli na skrzypiący śnieg.
Kłęby mroźnej pary przewinęły się po podłodze jak włochate motki białej bawełny.
W ślad za Tomaszem do kantoru majestatycznie wtoczyły się taneczne pary,
pokręciły się sennie koło stołu, majolik i kartofli, starannie omijając zacieki
pod oknem, i zostawiwszy czerwone ślady od świeżo pastowanej posadzki, wróciły
tam, skąd wyszły. Maria poderwała się od stołu, poprawiła automatycznym ruchem
włosy i powiedziała: - Muszę już iść, Tadeusz. Kierownik prosił, żeby zaczynać
wcześniej. Syndykalistyczny - wyrażający poglądy charakterystyczne dla
syndykalizmu, kierunku ruchu robotniczego negującego konieczność istnienia
państwa i głoszącego program zbudowania społeczeństwa socjalistycznego, w którym
kontrolę nad produkcją i podziałem dóbr sprawują związki zawodowe - syndykaty -
Masz jeszcze dobrą godzinę czasu - odrzekłem. Okrągły zegar firmowy o pogiętej
blaszanej tarczy tykał miarowo, zawieszony na długim sznurku między na wpół
rozwiniętym plakatem, rysunkiem urojonego widnokręgu a węglową kompozycją
przedstawiającą dziurkę od klucza, przez którą widać fragment kubistycznej
sypialni. - Wezmę Szekspira, postaram się zrobić w nocy Hamleta na wtorkowy
komplet. Przeszedłszy do drugiego pokoju, kucnęła przy książkach. Półka zbita
była prymitywnie z nie heblowanych desek. Deski uginały się pod ciężarem
książek. W powietrzu leżały błękitne i białe pasma dymu oraz unosił się ciężki
zapach wódki zmieszany z odorem ludzkiego potu i wapienną wonią wilgotnych,
gnijących ścian. Chwiały się na nich, jak bielizna na wietrze, jaskrawo malowane
kartony i jak morskie dno przeświecały się kolorowymi liniami meduz i korali
poprzez błękitny opar. W czarnym oknie, odgrodzony szybą od nocy, zaplątany w
cienką koronkę firanki wyszachrowanej za psie pieniądze od złodziejki kolejowej,
smętny, zapijaczony skrzypek (który uważał siebie za impotenta) na próżno
usiłował jękiem instrumentu zagłuszyć charczenie patefonu. Zgarbiony jak pod
workiem cementu, wydobywał ze skrzypiec z ponurą zaciętością jeden tylko pasaż.
Od dwóch godzin ćwiczył się do niedzielnego koncertu poetycko-muzycznego.
Występował wtedy umyty, w wizytowym garniturze w paski, miał twarz melancholijną
i oczy senne, jakby czytał z powietrza nuty. Na stole, na obrusie w czerwone
kwiaty, wyszachrowanym od złodziejki kolejowej, między kieliszkami, książkami i
nadgryzionymi kanapkami, leżały gołe i brudne nogi Apoloniusza. Apoloniusz
huśtał się na krzesełku i odwracając się do drewnianego, pomalowanego wapnem
przed pluskwami tapczana, na którym, jak duszące się ryby na piasku, leżeli
półpijani ludzie, donośnym głosem mówił: - Czy Chrystus byłby dobrym żołnierzem?
Nie, raczej dezerterem. Przynajmniej pierwsi chrześcijanie uciekali z armii. Nie
chcieli się sprzeciwiać złu. - Ja się sprzeciwiam złu - rzeki leniwie Piotr.
Leżał rozwalony między dwiema rozmamłanymi dziewczynami i gmerał rękoma w ich
fryzurach. - Zdejm nogi ze stołu albo je umyj. - Umyj nogi. Polek - rzekła
dziewczyna spod ściany. Miała grube, rozlane uda i czerwone, mięsiste wargi. -
Ale! chcielibyście. Uważacie, był taki szczep Wandalów, bardzo tchórzliwy -
ciągnął Apoloniusz, zesunąwszy piętą talerze na kupę - wszyscy ich tłukli i z
Danii czy z Węgier wygnali do Hiszpanii. Tam Wandale wsiedli na okręty,
pojechali do Afryki i doszli piechotą pod Kartaginę, gdzie biskupem był św.
Augustyn, ten od św. Moniki. - A wtedy święty wyjechał na ośle i nawrócił
Wandalów - powiedział spod pieca młodzieniec, pyknąwszy z fajki. Wydymał
pulchne, różowe policzki, pokryte złocistym puszkiem jak owoc brzoskwini. Pod
oczyma miał wielkie sińce. Pianista, dłuższy czas żył z pianistką o uroczych
dołkach w buzi i drapieżnym, namiętnym spojrzeniu. Latem ochrzciliśmy go (bo był
wyznania narodowego) przy zapalonych świecach, wiechciach kwiatów i miednicy
chłodnej, kaplicznej wody, którą zapobiegliwy ksiądz umył mu dokładnie głowę, a
zaraz po chrzcie na najruchliwym punkcie Grójeckiej wymigiwaliśmy się od łapanki
ulicznej. Pożeniliśmy ich nierychło, bo dopiero późną zimą. Rodzice odmawiali
błogosławieństwa ze względu na mezalians. Wprawdzie ustąpili i użyczyli muzykom
pokoju do spania i fortepianu do ćwiczeń oraz kuchni do produkcji bimbru, ale
nie zechcieli zaprosić na wesele przyjaciół, więc przyjaciele weselisko
urządzili sami. Panna młoda w sztywnej niebieskiej sukni siedziała w fotelu
nieruchomo, jakby połknęła kij. Była senna, zmęczona i pijana. - Miło tu u was,
bardzo miło, wiesz? - Żydóweczka, która uciekła z getta i tej nocy nie miała
gdzie spać, uklękła koło Marii przy książkach i objęła ją ramieniem. - To
dziwne, tak dawno nie miałam w ręku szczoteczki do zębów, kanapki, filiżanki z
herbatą, książki. Wiecie, to trudno nawet określić. I wciąż to uczucie, że
trzeba odejść. Ja się panicznie boję! Maria pogłaskała ją, milcząc, po ptasiej
głowie ozdobionej lśniącymi falami przylizanych włosów. - Przecież pani była
pieśniarką? Chyba niczego pani nie brakowało. - Miała na sobie żółtą sukienkę w
chryzantemy, z wyzywającym dekoltem. Zza niego wychylała się zalotnie kremowa
koronka koszulki. Na długim łańcuszku kołysał się między piersiami złoty
krzyżyk. - Brakowało? Nie, nie brakowało - odrzekła z błyskiem zdziwienia w
załzawionych, krowich oczach. Miała szerokie, rozłożyste biodra, dobre do
rodzenia. - Niech pan zrozumie, z artystkami nawet Niemcy inaczej... - urwała i
zamyśliła się, patrząc tępo w książki. - Platon, Tomasz z Akwinu, Montaigne -
dotykała polakierowanym na purpurowo paznokciem obszarpanych grzbietów kupionych
na wózkach i wykradzionych z antykwariatu książek.
Subskrybuj:
Posty (Atom)